Momentum
 
    Strona Domowa
    Co nowego ?
    Biografia
    Dyskografia
    Artykuły
    artykuły własne
    artykuły nadesłane
    artykuły profesjonalne
    inne
    Galerie
    Indeks utworów
    Forum dyskusyjne
    Quiz
    Sondy
    Fani
    Księga Gości
    Chat
    Linki
    Podziękowania
    Moja kolekcja
    O autorze
    Download

RECENZJA "Somewhere in South America"


Przed wydaniem przez wytwórnię Camino Records nowego DVD Steve'a Hacketta byłem dosyć sceptycznie do tego nastawiony...Po obejrzeniu The Tokyo Tapes sądziłem, że nowy album będzie podobny, a więc będzie zawierał materiał, który wszyscy doskonale znają, który już zaczął powoli "mulić" słuchacza...Mniejsza jednak o koncert z udziałem Iana MacDonalda oraz Johna Wettona - "Taśmy Tokio" ..Kiedy otrzymałem informacje o wydaniu nowego DVD znane już były nazwy utworów, które możemy zobaczyć na nowym wydawnictwie Samego Mistrza. Okazało się, że materiał przedstawia się całkiem w porządku, a nawet widnieją tam nowe, wcześniej nie słyszane przez nikogo utwory. Przyznaje się, że nie czekałem specjalnie niecierpliwie. Jednak kiedy poszedłem do sklepu postanowiłem obejrzeć fragmenty...Stwierdziłem, że Firth of Fifth na ocenę całego koncertu wystarczy...I stało się...Mrówki wskoczyły na moje plecy jak na zamówienie, a i łezka zakręciła się w oku...Bez wokalu, bez partii klawiszy, samo genialne i jedno z najpiękniejszych solo w historii rocka...Cóż za pasja, cóż za subtelność...W pewnym momencie nawet Steve - znany jako gitarzysta o znikomej mimice twarzy - przypomina to jak Andrew Latimer z Camel robi podczas gry...Niesamowite...Kolejne porównanie - wersja z Tokyo Tapes ani trochę nie umywa się do tej z "Gdzieś w południowej Ameryce".
"Watcher of the skies" również został lekko "przycięty" i ograniczony jedynie do wstępnej partii klawiszy - i jak zwykle nie mogło być inaczej, zagrana po mistrzowsku przez Rogera Kinga, którego choćby małego solo na tym koncercie nie usłyszymy - oraz dosyć skomplikowanej partii końcowej.
Cały koncert uderza w słuchacza i widza swoją siłą i wysokim poziomem wykonania utworów...Zamiast utworów King Crimson, jak to miało miejsce na Tokyo Tapes, mamy dwa zupełnie nowe, choć pachnące tym karmazynowym klimatem, podsycanym przez Roba Townsenda (flety, saksofon), który wcale nie zagrał gorzej niż Ian MacDonald, a w moich oczach nawet ciekawiej. Warto zaznaczyć podobieństwo nowych utworów do "klasyków" Karmazynowego Króla - "The Mechanical Bride" przypomina "21st Century Schizod Man", zaś "Serpentine Song" - "I Talk To The Wind"...
Hackett wziął ze sobą w trasę tym razem muzyków bardziej jazzowych niż rockowych, o czym świadczy ich wysoki poziom i prezycja techniczna gry...Ktoś może sobie pomyśleć - przecież Steve i jazz to dwie różne historie - i faktycznie trochę w tym prawdy jest, jednak nowe aranżacje utworów dodają tylko smaku i trzymają widza w napięciu. Mam tu na myśli chociażby "Walking Away From Rainbows" z pięknym, jazzowym, solo Roba Townsenda na saksofonie czy solo basu Terry'ego Gregorego w pięknie wykonanym "Sierra Quemada". Po tym utworze na scenie nagle, co było dla mnie szokiem, wszystko zaczyna się ze sobą mieszać...Tak, to utwór "Wall of Knives" - każdy muzyk robi ze swoim intrumentem to czego nie wyobrażają sobie muzycy nowej ery, to utwór na "pobudke"...
W niemalże każdym utworze mistrz Hackett daje solo, pokazując przy tym swoją klasę, czego na "The Tokyo Tapes" zapewne brakowało. Długie i szalone wręcz solo w "Vampyre With a Healthy Appetite" czy "Camino Royale". Nie mógłbym zapomnieć o świetnym Garym O'Toole'u, który sprawnie utrzymuje sekcję rytmiczną utworów.
Podsumowując, każdy szanujący się fan Hacketta obowiązkowo musi obejrzeć, albo chociażby usłyszeć ten koncert w całości. Nie mogę napisać o wszystkim, bo widzowie nie mieliby niespodzianki jaką mialem ja. Okazuje się zatem, że niczym wino, z wiekiem gra Steve'a Hacketta staje się bardziej subtelna, wyrazista i aromatyczna.

Ocena : 5/5
Autor : Paweł Biliński