Momentum
 
    Strona Domowa
    Co nowego ?
    Biografia
    Dyskografia
    Artykuły
    artykuły własne
    artykuły nadesłane
    artykuły profesjonalne
    inne
    Galerie
    Indeks utworów
    Forum dyskusyjne
    Quiz
    Sondy
    Fani
    Księga Gości
    Chat
    Linki
    Podziękowania
    Moja kolekcja
    O autorze
    Download

RECENZJA "A Voyage Of The Acolyte"

Wykorzystując napięcie związane z odejściem Petera Gabriela z Genesis i znalezieniem wokalisty na jego miejsce, Steve Hackett postanowił nagrać swój pierwszy autorski album. Pomogli mu w tym min. jego brat John, koledzy z zespołu w osobach Mike’a Rutherforda i Phila Collinsa, a także Sally Oldfield.
Muzyka, którą przedstawił na „Voyage Of The Acolyte” odbiegała znacznie od tego co proponowała jego macierzysta formacja. Posiadała co prawda ten sam ładunek emocji, była jednak bardziej zróżnicowana formalnie i pełna tajemniczości.
Weźmy chociażby „Ace Of Wands”, nagranie rozpoczynające dzieło, gdzie od pierwszych taktów aż do samego końca słuchacz odnosi wrażenie, że ma do czynienia ze sztuką przez duże „S”. Tu wszystko jest wspaniałe, zarówno klawisze, sekcja rytmiczna, jak i gitara, która została wysunięta na pierwszy plan, jak zresztą na całym krążku, co w kompozycjach Genesis ery Hacketta zdarzało się niezwykle rzadko. Co tu dużo mówić – „Ace Of Wands” należy do klasyki rocka progresywnego, a jeśli ktoś uważa, że tak nie jest, niech jeszcze raz zastanowi się nad swoim życiem!
Drugie nagranie – „Hands Of The Priestess(Part I)” ma za zadanie uspokoić słuchacza, po to, aby go odpowiednio wprowadzić do „A Tower Struck Down” – prawdziwej uczty dla melomanów, gdzie akord goni akord, dźwięk goni dźwięk, powodując nastrój pełen grozy i wspomnianej wcześniej tajemniczości, a całość zwieńczona zostaje dosyć efektowną kodą - „Hands Of The Priestess(Part II)”.
Co mamy dalej ? Rycerską balladę „The Hermit”, zaśpiewaną przez Steve’a, który co prawda najlepszym śpiewakiem nie jest, ale jego głos wprowadza dużo ciepła, co powoduje dobry nastrój u niejednego słuchacza.
To jednak nic w porównaniu ze „Star Of Sirius”, utworem pięknym i wzruszającym, gdzie Collins – wokalista po raz pierwszy pokazał pełnię możliwości swojego ciepłego głosu(wcześniej zaśpiewał w kilku fragmentach płyty „Ark 2” grupy Flaming Youth, dwóch nagraniach Genesis – „For Absent Friends” i „More Fool Me” oraz „Only Your Love” i „Silver Song”, nagranych z pomocą Rutherforda i Anthony’ego Philipsa, które miały trafić na jego pierwszy solowy singiel, jednak do dziś oficjalnie się nie ukazały) i być może to zadecydowało, że został następcą Gabriela. Sama kompozycja to swoiste połączenie muzycznych pejzaży z chwytliwymi melodiami, co wyszło bardzo dobrze, gdyż wszystko zostało odpowiednio wyważone.
Później mamy mały przerywnik w postaci „The Lovers”, ze wspaniałą partią fletu w wykonaniu Johna Hacketta, a następnie „Shadow Of The Hierophant”, gdzie na samą myśl o tytule ciarki przechodzą niektórym po ciele i w sumie nie ma co się tym ludziom dziwić, gdyż w tej 12 – minutowej epopei nie ma miejsca na choćby jedną chwilę przyśnięcia, cały czas słucha się tego z zaciekawieniem i wzruszeniem, które może doprowadzić do łez. Bardzo pięknie zaspiewała tutaj Sally Oldfield zbliżając swój głos do poziomu jaki reprezentują śpiewaczki operowe, ale brawa należą się wszystkim muzykom, a zwłaszcza Collinsowi, którego partię perkusji z tego nagrania osobiście uważam za jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek zagrał.
„Voyage Of The Acolyte” to specyficzny pokaz umiejętności Hacketta jako muzyka i kompozytora, gdyż ujawnił tu to czego w żaden sposób nie mógł ujawnić w Genesis – zdolność do tworzenia rzeczy wielkich i wspaniałych w połączeniu z ziarnem groteski, odrobiną szaleństwa oraz małym elementem zaskoczenia, które nie raz się jeszcze pojawi na albumach sygnowanych Jego nazwiskiem.
Uprzedzam jednak, że nie jest to płyta dla zadufanych w sobie krytyków, ludzi niecierpliwych ani osób pozbawionych wrażliwości i poczucia piękna.

Ocena : 5/5
Autor : Remington Steele