Rozmiar: 141661 bajtów Strona główna Biografia zespołu Dyskografia Artykuły Indeks utworów Download
Recenzja albumu "A Nod And A Wink"


• Data wydania : 29 Lipca 2002
• Długość płyty : 55:00
• Liczba utworów : 7

SKŁAD ZESPOŁU :

• Kliknij tutaj , aby zobaczyć listę muzyków.
SPIS UTWORÓW :

1.A Nod And A Wink (11:18)
2.Simple Pleasures (5:33)
3.Boy's Life (7:22)
4.Fox Hill (9:18)
5.A Miller's Tale (3:36)
6.Squigely Fair (8:04)
7.For Today (10:40)

  Dźwięki odjeżdżającej lokomotywy...Śpiew ptaków i szum morza - tak zaczyna się podróż do lat dzieciństwa Andy'ego Latimera. Mowa oczywiscie o utworze tytułowym wprowadzającym nas w muzyką zawartą na tej płycie.Już w ciągu pierwszej minuty dochodzą do nas nowe dźwieki zagrane przez Andy'ego - ku zaskoczeniu fanów - na flecie, o ktorym Andy jakby zapomnial pisząc muzykę poprzednie płyty. "Goodbye, tired little eyes" - takimi słowami zaczyna się niesamowita przygoda z tą płytą.

  Pierwszy utwór - przepełniony pięknymi pejzażami malowanymi we wstępie fletem Pana Latimera - potem jakby zmieniając barwę, przechodzącymi w partie gitary i klawiszy. Pierwsza partia gitary na płycie zaczyna się dość dynamicznie - niektórych może rozczarować fakt, że nie uslyszymy tu płaczącej, a raczej krzyczącą gitarę Latimera.To jednak szybko zmieni się w następnych utworach.Po krótkiej partii klawiszy Guy'a LeBlanca nadchodzi czas na jedną z najlepszych partii gitary na płycie. Trwa to zaledwie kilka sekund, aby zmienić się w zupełnie inny klimat - klawisze nie dają spokoju, Andy śpiewa "Stars are awaken..." - kto powiedział, że Andy Latimer nie potrafi pięknie zaśpiewać kiedy w tle saczą się dźwięki klawiszy... A Nod And A Wink to jeden z najlepszych utworów na płycie - zmienny w nastrojach, ktore zmieniaję się bardzo płynnie, a pomysły panów LeBlanca i Latimera są zgrane na tyle, że wydaje się jakby grali ze sobą od lat...Dzieło tytułowe - mimo iż trwa aż 11 minut to wydaje się krótsze - jak dawno Andy nie serwował nam takich długich a zarazem pięknych i wykonanych na wysokim poziomie utworów...

  Po dosyć długim zakończeniu pierwszego dzieła nadchodzi czas na ucztę gitarową i wokalną w postaci kolejnego utworu zatytułowanego "Simple Pleasures". "When she left the room the perfume filled the air..." - to chyba jedna z najpiękniej zaśpiewanych partii wokalnych na krążku przez samego mistrza gitary.Po krótkim, wokalnym wstępie uzupełnianym "cichymi" partiami gitary i klawiszy zaczyna się prawdziwa uczta, na której daniem głównym jest oczywiście gitara Andy'ego Latimera. Nie okłamię nikogo pisząc, że owa solówka gitarowa może przebić większość solówek z poprzedniej płyty - jednak aby poczuć jej siłę należy się naprawdę bardzo dokładnie wsłuchać...Aż nie mogę się doczekać chwili kiedy zobaczę Andy'ego razem ze swoją czerwoną gitarą na scenie...

  Kolejny utwór - nazwany po prostu "Boy's life" zaczyna się dosyć spokojnie, bardziej radośnie ale i troszkę nostalgicznie - partiami gitary akustycznej, której na albumie nie brakuje, Andy wprowadza nas w ten piękny utwór."Have I really forgotten how I felt at fifteen" - w tym momencie, przede wszystkim, ale nie po raz pierwszy przeszły mi stada mrówek na plecach co wzmoźyło się podczas następnych taktów powracających jakby klimatem do "Harbour Of Tears"...Cały utwór jest chyba najbardziej sentymentalnym na albumie - nietylko ze względu na tekst, ale tak?e proste, aczkolwiek bardzo wzruszaj?ce partie fletu, gitary akustycznej i klawiszy...Nie zabrakło również świetnej solówki Andy'ego, nawiązującej swoją siłą do partii z poprzedniego utworu, jednak tym razem króluje tu melodyka i częsta zmiana tonacji i rytmu.

  Nostalgia na kilka minut nas opuszcza - a w jej miejsce wkracza humor i radość w utworze "Fox Hill" zaczynającym się niemalże jak "Kolonia Slippermanów" z płyty The Lamb Lies Down On Broadway grupy Genesis.Każdy na początku robi krzywą minę słysząc ten "dziwny" wokal, który ,według mnie, jest mało istotnym czynnikiem wpływajacym na poziom tegoż utworu.Dla mnie najważniejsze są tutaj : zmiany nastrojów, dynamika i naprawdę genialne solówki Guy'a LeBlanca przeplatane z partiami gitary.O dziwo - nie zabrakło nawet krótkiego solo pana Clementa na bębnach.Możecie się śmiać - ale jedna z partii gitary - gdzieś koło 4 minuty kojarzy mi się z gitarą Tony'ego Iommiego z Black Sabbath - może to i kilka sekund, ale bardzo ważne dla tego utworu - i dlatego nie mogę tego pominąć.Jednak całą kwintesencją tego, bądź co bądź, dzieła jest naprawdę przepiękne zakończenie malowane przez z początku powtarzajacą się, ale bardzo oryginalną partia gitary po słowach "It's olny fox and foal" - która zachwyca mnie jak mało która solówka na tej, ale rownież innych płytach Camel.Po kilkunastu taktach nadchodzi czas na niesamowity powrót do czasów "The Snow Goose" - gitara ucicha ustąpując miejsca fletowi, który po chwili przeradza się w najpiękniejszą partię tego samgo instrumentu jaką Andy kiedykolwiek zagrał w Camel.Dzieło kończy się słowami "I hope we meet again...You've made me oh, such a happy fox.".

  "And a two friends went home.No need for words, they are as one" - to właśnie te słowa są najpiękniejszymi jakie Andy zagrał na swoich strunach głosowych we wszystkich utworach na płycie.Można w tym głosie wyczuć nietylko wspomnienia, ale i piękno i nostalgię."A Miller's Tale" to piąty utwór chyba najbardziej przypominający klimat dwóch poprzednich płyt...Główną rolę grają tutaj klawisze i flet, których partie zostały zagrane naprawdę z uczuciem - i mimo, iż utwór jest najkrótszym na płycie to jest jednocześnie jednym z tych najbardziej sentymentalnych i jednocześnie równie pięknych.

  "Squigely Fair" to kolejne minuty na krążku.Chciałbym podkreślić tutaj bardzo grubą linią to co Andy Latimer robi ze swoim fletem - usłyszymy tu bez wątpienia najlepszą solówke tego instrumentu, który gra jedną z najważniejszych ról na albumie.Chciałbym rownież powrócić do bardzo wzruszającej mnie partii klawiszy, zagranej zaraz przed tą świetną solówką fletu kojarzącego się z Ianem Andersonem i Jethro Tull.Warto chyba również przypomnieć o zmianach nastrojów i rytmów będących jeszcze jednym potwierdzeniem, że album jest bardziej progresywny,a jeśli nawet nie to bardziej melodyjny i lepiej zaaranżowany, niż poprzedni...

  Partiami pianina elektronicznego przypominającego grę wirtuoza tego intrumentu - Tonego Banksa - zaczyna się istna perełka, gwiazdka , błyszcząca światłem najjaśniejszym z wszystkich innych gwiazd i gwiazdeczek na "A Nod And A Wink"..."I Saw a pearl of wisdom" - tymi słowami zaczyna się drugi co do długości utwór na plycie - "For Today" będący nauką dla słuchacza ...Wszystko w tym przepięknym i odrobinę nostalgicznym i smutnym dziele jest dopracowane do samego końca - a może i jeszcze bardziej .."Never Give a Day Away, always live for today..." - i tym sposobem zaczyna się najlepsza partia płaczącej gitary Andy'ego.Gdy wysłuchałem tego dzieła do końca - a kończy się ono tak samo jak zaczyna się cała płyta, czyli odgłosami lokomotywy - byłem zaskoczony, a mołe i zszokowany, tym piękem płynącym z każdej nuty zagranej przez wszystkich członków grupy na tym albumie...

  Kiedy już wróciłem z tej fascyjnującej podróży do dzieciństwa Andy'ego zacząłem się zastanawiać - dlaczego w dzisiejszych czasach tak trudno o chociaż kawałek tak pięknej muzyki płynącej prosto do serca, zostającej nie tylko na kilka dni, ale do końca życia w moim wnętrzu - muzyki czegoś uczącej, wpływającej na życie, nakłaniającej do powracania do najpiękniejszych wspomień w życiu...To właśnie dlatego zawsze, zawsze i codziennie, do końca swoich dni będę nosił w sercu te cztery krótkie, ale jakże pięknie powiedziane, a właściwie zaśpiewane przez mojego ukochanego gitarzystę, słowa : "Always live for today"...

OCENA : 5/5
© Paweł Biliński       

Home Biografia Dyskografia Artykuły Zdjęcia Download